Czy warto stawiać sobie cele w życiu? Poprzeczkę stawiaj zawsze wysoko!


Szkolimy się, zgłębiamy wiedzę, dyskutujemy, podglądamy ludzi, którzy mają to „coś” – iskrę, energię, chęć i siłę, by nigdy się nie poddawać i realizować swoje marzenia wbrew przeciwnościom  losu. Inspiracji szukamy u ludzi sukcesu, m.in. u znanych sportowców. Justyna Kowalczyk, Adam Małysz i Robert Kubica są uosobieniem „hartu ducha” oraz żywym przykładem, w jak niezwykły sposób można pokonywać ludzkie słabości.
 
Jednak patrząc na życiorysy, chociażby wymienionych wyżej osób, nie sposób pominąć także „ciemnej strony medalu”. Coraz częściej bowiem okazuje się, że sukces ma też swoją bolesną i przykrą cenę. W przypadku Justyny Kowalczyk była to depresja, z którą od jakiegoś czasu się zmaga. Robert Kubica swoje zwycięstwa okupił bardzo poważnymi problemami zdrowotnymi. 
 
Nie jest odkryciem to, że pewne sprawy nie są takimi, jakimi się wydają oraz to, że ogromne osiągnięcia bardzo często wymagają wielkich poświęceń. Mamy również świadomość, iż nieustanna pogoń za lepszym stanowiskiem, wyższymi zarobkami, niezwykłymi przeżyciami, fascynującymi podróżami, nagrodami, awansami i wyróżnieniami staje się w pewnym momencie tylko „biegiem”, w którym sami siebie nie potrafimy dogonić.
 
Wiemy to wszystko. Jesteśmy inteligentni, ambitni, samoświadomi. Mamy wykształcenie, wiedzę i doświadczenie. Więc może można odpuścić? Zwolnić. Nie czytać tyle, nie oglądać, nie szkolić się. Cieszyć się drobnymi przyjemnościami, spędzać i celebrować czas z najbliższymi, nie ścigać się z innymi i z samym sobą. Slow food, slow life, slow work… To druga, coraz częściej zyskująca zwolenników, perspektywa. To także stosunkowo nowe (a może wręcz przeciwnie?) podejście do życia.
 
Zwolnij, rozejrzyj się uważnie wokół sobie, uśmiechaj się do przypadkowych ludzi, skupiaj się na tym, co naprawdę ważne, poszukuj małych radości. Pieniądze to nie wszystko.
 
Wydawać by się mogło, że wreszcie odnajdujemy właściwy sens życia. Pogoń za ambicjami i wyzwaniami jest już przereklamowana i teraz jest czas na „bycie BLISKO” – blisko rodziny, przyjaciół, natury i siebie w końcu. Tylko czy rzeczywiście to jest takie proste? Czy pewne rzeczy i wartości, które uznajemy za przeterminowane, możemy odstawić na półkę, wyrzucić na śmietnik, jednocześnie sięgając po nowe recepty na szczęście?
 
Sama funkcjonując w takim „trochę rozdwojonym” świecie usiłuję znaleźć „złoty środek”. Bo jednak fajnie jest mieć osiągnięcia, stawiać sobie ambitne cele, a poprzeczkę podnosić coraz wyżej….
A z drugiej strony żyć tak, żeby nie zniknęły z oczu te najważniejsze wartości, codzienne  drobiazgi, piękno najprostszych rzeczy i doznań.
 
Mam wrażenie, że ten dualizm w bardzo dużym stopniu objawia się także w dzisiejszym wychowywaniu dzieci. Tak jakby rodzice – sami niezdecydowani – często nie do końca wiedzieli, którą drogą ma podążać (a raczej którą by chcieli, by podążało) ich potomstwo. 
 
Pracując z dziećmi i młodzieżą, obserwuję często dwie skrajne postawy, czy też sposoby funkcjonowania.  Z jednej strony mamy do czynienia z bardzo dużym procentem dzieci bardzo zdolnych, inteligentnych, dążących do bardzo wysokich osiągnięć. Grupa ta jest niezwykle efektywna w pracy. Zresztą z punktu widzenia osoby prowadzącej warsztaty, mogę zupełnie szczerze napisać, że z taką ambitną, zaangażowaną i zmotywowaną do pracy młodzieżą pracuje się najprzyjemniej, a także bardzo wygodnie. Dzieci te realizują wszelkie oczekiwania trenera, chętnie biorą udział we wszystkich zaproponowanych im aktywnościach. Są pełne energii, pracowite i wytrwałe. Jednak, o zgrozo… Kiedy dochodzi do rywalizacji i dziecko z tej grupy przegrywa, całe zaangażowanie i chęć do pracy pęka jak bańka mydlana. Rzadko widuję dzieci z pierwszej grupy prawdziwie zrelaksowane. Zdecydowanie częściej są napięte i zestresowane – bo przecież nie mogą popełnić błędu, powiedzieć czegoś  „głupiego”, być zwyczajnie dziećmi.
 
Za to druga grupa z napięciem nie ma nic wspólnego. Co to to nie. Przecież żadna Pani, żadna szkoła, żadne zajęcia dodatkowe nie mają prawa wywoływać w dziecku stresu. Jest to okrutny, niszczący stan, którego należy unikać jak ognia. A skoro istnieje możliwość przegranej pomimo starań i zaangażowania, a także istnieje zagrożenie, że podczas odezwania się zostanie udzielona niepoprawna odpowiedź, to przecież najlepiej nie robić NIC. Celebrować, płynąć z prądem. Czy owa bierność to rzeczywiście postawa świadomie przekazywana w procesie wychowania? Nie staraj się, nie próbuj, bo to i tak nie ma sensu. 
 
Być może u niektórych czytelników obudzi się właśnie bunt i sprzeciw wobec takiej generalizacji, wobec wrzucania dzieci do dwóch skrajnie różnych „worków”. I bardzo dobrze, bowiem powyższe rozróżnienie poczyniłam, aby zarysować tło do rozważań na temat równowagi. Czyli jednak jakiś złoty środek, jakaś recepta…
 
Pisząc ten artykuł, mam przed oczami pewną dziewczynkę, która udzieliła mi, zupełnie nieświadomie, pewnej lekcji. Podczas warsztatów dzieci otrzymały  zadanie wymagające użycia dodatkowych kartek papieru. Tylko wspomniana dziewczynka przyniosła ze sobą zeszyt z czystymi kartkami. Widząc, że sąsiadka również będzie potrzebować papier, zaproponowała, że się podzieli, na co reszta dzieci z grupy ochoczo także poprosiła o „pożyczkę”. Wydawało mi się, że zauważyłam u niej wtedy delikatną oznakę niezadowolenia na twarzy. Skomentowałam sytuację „uważaj, co proponujesz” – na co dziewczynka z uśmiechem odpowiedziała „przecież wystarczy dla wszystkich”.
 
Ta historia przypomniała mi się, ponieważ w swoim otoczeniu spotkałam parę osób i tych małych i tych dużych, którzy nie walczą za wszelką cenę, ale też nie kryją się w cieniu. Dzieci z tej grupy nie wygrywają wszystkich konkurencji, czasem są nieprzygotowane, czasem zapomną niezbędnych materiałów. Jednak nie oznacza to wcale, że nie są zaangażowane lub im nie zależy. Jest wręcz przeciwnie. Jednak mają w sobie przyzwolenie, często przekazywane i wpajane im przez rodziców, przyzwolenie na bycie „niedoskonałym”, na mówienie „nie wiem, nie rozumiem, nie potrafię”. Zazwyczaj nie są najlepsze we wszystkich dziedzinach. Częściej specjalizują się w czymś konkretnym. Nie odczuwają nadmiernego stresu podczas rywalizacji, jednak zawsze stają do walki.
 
Takie podejście do życia wynika przede wszystkim z głębokiego przekonania o swoim poczuciu wartości, o tym, że jest się fajnym człowiekiem. To ono pozwala się „nie napinać”, nie podążać za aktualnymi trendami, znajdować własną równowagę. Taką właśnie receptę powinno się wręczać swoim dzieciom.
 
Ludzie, o których piszę, zazwyczaj nie mają listy ‘must have’ i ‘must done’. W ogóle planowanie nie jest im specjalnie do niczego potrzebne. Nie boją się mówić szczerze tego, co myślą, bo nie obawiają się oceny ani tego, że ktoś im może zagrozić, że coś może im odebrać lub że stracą swoje cenne kartki papieru. 
 
Czasami przegrywają, czasami wygrywają, ale nigdy nie przestają trwać w zgodzie ze sobą. Poprzeczkę stawiają wysoko. Na wysokości swoich oczu. Czy bowiem nie warto najpierw zobaczyć do czego się dąży, zanim wyruszy się w drogę?
 
 
Joanna Komorowska – psycholog, doradca zawodowy, trener efektywnej nauki w Europejskim Instytucie Edukacji Engram – jedynej w Polsce certyfikowanej szkole efektywnej nauki. Prowadzi warsztaty Ucz się inteligentnie oraz szkolenia skierowane do pedagogów, nauczycieli i dyrektorów szkół.