Zawody, opowieść czy „uprowadzenie”, czyli kilka sposobów na wychodzenie z domu

Dajmy dziecku chwilę, by mogło się przyzwyczaić do myśli o czekającym je wyjściu. Niekiedy potrzebna jest godzina na ostatnie figle i zabawę, innym razem nieco mniej, dlatego też należy rozpocząć procedurę z odpowiednim wyprzedzeniem. W międzyczasie przypomnijmy parokrotnie, że zaraz opuszczamy miejsce, w którym się obecnie znajdujemy. Dobrym pomysłem jest propozycja zabrania ulubionej zabawki – zapakowanie przytulanki będzie oznaczało, że już czas. Warto też zachęcić dziecko, by tuż przed założeniem butów i kurtki skorzystało z toalety, bo w innym wypadku może nas czekać ponowne rozbieranie się i ubieranie.

Jeszcze przed wyjściem ustalmy, czy będziemy biec, spacerować, a może skakać jak żabki; czy mały podróżnik samodzielnie pokona dystans, czy też będzie korzystał z wózka. Pozwoli to na dodatkową mobilizację, ale też otrzymamy informację, na co mamy się nastawić (jeśli dziecko kategorycznie odmówi korzystania z wózka, wciskanie go tam na siłę nie ma sensu). Oczywiście, jeśli spacer ma być dłuższy, albo gdy mamy dotrzeć w określone miejsce o określonej porze, warto wziąć wózek albo chustę do noszenia.

Ze zwykłego spaceru do sklepu, który jest raczej wątpliwą atrakcją, szczególnie dla młodszych dzieci, możemy zrobić wyprawę na miejskie safari z aparatem. Nie przejmujmy się, że zdjęcia wykonane przez malca będą przypominać mozaikę chodnika i skrawków nieba. Nowe doświadczenie z tanim kompaktem z pewnością sprawi mnóstwo frajdy.

Zachętą do wyjścia będzie także opowieść o tym, co można spotkać podczas spaceru. Wykorzystujmy w takich sytuacjach wiedzę o naszym dziecku, o jego preferencjach, ulubionych czynnościach i przedmiotach. Pamiętajmy jednak, by nie obiecywać czegoś, czego na pewno nie uda się zobaczyć.

W przypadku dzieci, u których problemy z wychodzeniem spowodowane są tym, że nie lubią spacerów, gdyż są one dla nich nudne albo męczące, warto sięgnąć po sprawdzone „sztuczki”. Świetnie działają zawody „kto pierwszy” – do znaku, do klombu, do rogu alejki parkowej. Podsuwamy magiczne zaklęcie: „Gotowi, do startu, start!” i już. Nowe wyzwania można rzucać aż do osiągnięcia celu, uważając przy tym, by zabawa była bezpieczna – dla samego dziecka, jak i dla przechodniów. Inną wersją wyścigów jest wyzwanie: „Potrafisz dobiec do tamtego drzewa zanim skończę śpiewać  <Wlazł kotek na płotek>?”.

Jeśli trasa, którą musimy pokonać jest stałą drogą, np. do babci czy do żłobka, zapamiętajmy charakterystyczne punkty i wskazujmy je z entuzjazmem. Możemy też pobawić się w „Ministerstwo Dziwnych Kroków”, demonstrując najróżniejsze sposoby stawiania kolejnych kroków, podskoków i tip-topków.

W przypadku niektórych dzieci, szczególnie tych nieco starszych, sprawdza się metoda „porwania i ucieczki”. W biegu chwytamy uprzednio przygotowane buty i kurtkę, by założyć je już za drzwiami. „Porwaniu” powinien towarzyszyć nasz wielki uśmiech i konspiracyjny szept. Jeśli dołożymy do tego historyjkę detektywistyczną albo nietypowy sposób samego „uprowadzenia”, np. na samolot (dziecko leci jak samolot z rozłożonymi rękami) czy na strażaka (przerzut przez ramię), sukces niemal gwarantowany.

Niezależnie od stosowanych metod i sposobów, pamiętajmy, by czas potrzebny na wyjście z domu wliczyć do planu dnia i uwzględniać go za każdym razem. Dzięki temu unikniemy frustracji i nerwów, które wyjątkowo negatywnie wpływają na dziecko, co dodatkowo opóźnia wszelkie działania.

Katarzyna Leszczyńska-Bohdan